Wizyta w Dolinie Krzemowej to spełnienie marzeń każdego, kto – tak jak ja, zafascynowany jest technologią. Razem z kolegami z #Bilot miałem okazję doświadczyć tej niezwykłej atmosfery serca świata IT. Naszym celem było odkrycie “pierwiastka” doliny oraz przywiezienie jego kawałka do Polski i Finlandii.

 

Cyfrowa rewolucja. Z tym pojęciem spotykamy się na co dzień, ale czy rzeczywiście rozumiemy jego znaczenie? Czy wizyta w Dolinie pozwoliła mi poznać czym jest ona naprawdę? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Postaram się przedstawić swoje spostrzeżenia, zarówno cienie, jak i blaski życia w centrum rewolucji.

Zanim jednak opiszę moją przygodę, chciałbym zwrócić uwagę na pewne ciekawe zjawisko, a mianowicie “rozwój wykładniczy”. Ludzie posiadają tendencję do myślenia liniowego. Kiedy snujemy nasze plany, wizje przyszłości, z reguły nie przewidujemy skali, z jaką zmiany będą postępować. Rewolucja cyfrowa jest odbiciem właśnie tego zjawiska, wynikiem działania “siły wykładni”. Świat jeszcze nigdy nie rozwijał się tak szybko, ale równocześnie już nigdy nie bedzie rozwijał się tak wolno. Elektryczności zaczęto używać zaledwie 130 lat temu. 70 lat temu komputery miały wielkość budynków, a ich moc obliczeniowa odpowiadała mocy obecnych kalkulatorów. Obecnie jedno zapytanie Google potrzebuje więcej mocy obliczeniowej niż program “Apollo”. Nie jeden lot – cały 14-letni projekt kosmiczny.

Czy można sobie w takim razie wybrać lepsze miejsce na obserwowanie tego rozwoju niż Dolina Krzemowa? Jest ona krainą cudów. Cudów technologii, stylu życia, innowacji. Firmy technologiczne stają do boju, żeby dotrzeć właśnie tam. Ludzie poświęcają wszystko, aby pracować dla takich gigantów jak Google, Facebook czy Tesla. Nie jest łatwo wsiąść do tego pociągu. Jeden z właścicieli fińskiej firmy, której się to udało, stwierdził krótko: nie ma półśrodków w dotarciu do Doliny. Jest to cel, któremu trzeba poświęcić cały swój czas, wszystkie środki oraz całą energię, żeby mieć choć cień szansy na dotarcie do celu zwanego “Silicon Valley”.

Dolina otwiera wiele zamkniętych drzwi. Obecność tam pozwala dotrzeć do samego serca technologicznego świata. Daje dużo możliwości, ale równocześnie jest bardzo wymagająca. Prędkość, z jaką wszystko podąża, nie pozwala na zatrzymanie się i zaczerpnięcie oddechu, gdyż wypada się wtedy z wyścigu. Wysiłki, które zostały włożone, żeby tam dotrzeć, muszą zostać zdwojone, aby się tam utrzymać.

Co oferuje w zamian? Można by powiedzieć, że wszystko… Tam nie ma rzeczy niemożliwych. 1 mila kwadratowa centrum San Francisco generuje większy przychód niż PKB Finlandii. Wielkie projekty, które są tam realizowane zmieniają świat. Wizyta w takich firmach jak Google, Amazon, Facebook czy Netflix uświadamia, jaki wkład w nasze codzienne życie mają te firmy. Większość z nas nie wyobraża już sobie życia bez ich produktów.

Czego możemy się tam nauczyć? Odwagi, zapału, rozmachu, oportunizmu, innowacyjności. Często brakuje tych pierwiastków w europejskich firmach. Nie ma złotego środka, który gwarantuje sukces, lecz ta iskra w oczach mieszkańców Doliny pozwala zobaczyć więcej i szerzej, wydobyć to, co najlepsze z tego, co niezauważalne.

Życie tam zdecydowanie różni się od tego, które obserwujemy u nas na co dzień. Na ulicach San Francisco czuć tętno organizmu, jakim jest Silicon Valley. Ludzię pędzą przed siebie z jednego spotkania na drugie, od rana do wieczora, od pierwszej do ostatniej linijki kodu, bez wytchnienia. Jest to cena, którą trzeba zapłacić, aby tam być.

Czy faktycznie jest to spełnienie snu, wymarzony sposób na życie i ziemia obiecana? Na po pytanie musi odpowiedzieć sobie każdy z osobna. Ja poczekam tutaj, na stacji Poznań-Helsinki, a gdy pociąg odjedzie, spokojnie usiądę i napiję się piwa w naszym nudnym, europejskim pubie.